PROLOG

 

Narodziny Carycy

Jest dzień 4 listopada 2018 roku.

Równo 525 lat temu Krzysztof Kolumb jako pierwszy Europejczyk zobaczył Gwadelupę,

143 lata temu Francuski astronom Prosper Henry odkrył planetoidę (154) Bertha,

97 lat temu w Niemczech utworzono Oddziały Szturmowe NSDAP,

a 38 lat temu republikanin Ronald Reagan został wybrany na 40. prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Ale, ale, czy to już koniec tych wiekopomnych wydarzeń??? Niestety, NIE!

Chcecie wiedzieć więcej, czytajcie.

4 listopada roku pańskiego 2018 w małym podupadłym gospodarczo miasteczku,  gdzieś w centrum środkowoeuropejskiego państewka między Bugiem a Odrą, na przecięciu dwóch byłych dróg krajowych, nieopodal stadionu miejskiego stała ONA. Skulona, oparta o parkan, z nonszalancko zarzuconym na czoło kapturem, zziębnięta, a jednocześnie spocona po tygodniowym gminnym maratonie ulotkowo – poznawczym. Mroźny wiatr delikatnie smagał jej policzki lecz nie mogła okryć sobie twarzy szalikiem, gdyż nie mogła otworzyć zaciśniętych w pięści dłonie. Tak! – nie mogła puścić kciuków. Zwykle w podobnej sytuacji, zrobiłaby to zawsze, odruchowo i bezmyślnie, by okryć swą młodą, 43 – letnią, alabastrową twarz. Zawsze, ale nie teraz! Nie mogła sobie na to w tej chwili pozwolić, nie w tak ważkiej i doniosłej chwili.

W pewnym momencie poczuła, jak umęczone kończyny dolne zaczęły samoistnie drżeć i powolnie zginać się w kolanach. W tej samej chwili, jak na złość, błędnik który przez ostatnie tygodnie wysłuchał setek, tysięcy, milionów ludzkich próśb, problemów, powinszowań i gratulacji, również zaczął odmawiać posłuszeństwa. Ona zwolna osuwała się na ziemię. Doskonale wiedziała, że gęste listopadowe błoto pod jej stopami, które ugniatała od dobrych 3 godzin, zaraz znajdzie się na jej spodniach, butach, kurtce, a co najgorsze, o zgrozo, na jej młodej, 43 – letniej, alabastrowej twarzy… Zamknęła oczy, głęboko westchnęła i pogodziła się z losem. Świadoma konsekwencji zaciśniętych kciuków, ale pełna  wiary w sukces, padła w końcu na ubite, niczym 30% śmietana błoto. Światło miejskiej latarni otulało teraz swymi promieniami Jej rewers. Leżąc tak, twarzą zanurzoną w zimnym listopadowym błocie starała się jak najmniej oddychać. Każdy ruch jej przepony powodował zasysanie przez nosowe otwory, niczym przez wąż pompy strażackiej, coraz to większych ilości tej ohydnej, czarnej, gęstej mazi. Spłyciła więc oddech, rozluźniła kończyny i zamknęła oczy. Musiała ograniczyć procesy życiowe do absolutnego minimum. Cała energia jej młodego, 43 – letniego alabastrowego ciała skumulowała się teraz jedynie w zaciśniętych pięściach i schowanych w nich kciukach. Świadoma swego położenia, chcąc choć trochę osłodzić sobie ten beznadziejny stan, uruchomiła niezawodną wyobraźnię, która z miejsca zaczęła projekcję fantastycznych wizji. Ona widziała piętrzące się na rachunku bankowym zera. Widziała liczby, których nazw nawet nie potrafi wymienić. Widziała jak stan jej konta rośnie, pęcznieje, rozdyma się z miesiąca na miesiąc. Widziała uciekających komorników, ciepłą wodę okalającą Teneryfę, piękne samochody, elitarne towarzystwo i blaski fleszy. Wreszcie widziała siebie siedząca na Stolcu Carycy krośniewickiego PGRu,  okrytą purpurą podszytą sobolowym futrem. Siebie – piękną i mądrą. Siebie – władczą, ale sprawiedliwą. Siebie kochaną, podziwianą i cenioną. Siebie – Nieomylną. I wydawać by się mogło, chciałoby się nawet, żeby nic nie zakłóciło tego beznadziejnie pięknego stanu…

Wtem z pobliskiego budynku niezdarnie wybiegł mężczyzna w dżins odziany, z roztrzepaną czarną czupryną i binoklach na nosie. Biegł, chyba w Jej stronę. Coś krzyczał, ale ona nie rozumiała. Znała ten głos, wiedziała, że coś chce jej przekazać, powiedzieć, coś ważnego. Z trudem starała się wytężyć słuch, by móc poukładać głoski w wyrazy, a te następnie w zdania. Bezskutecznie. Mężczyzna podbiegł do niej, podniósł z pietyzmem z ziemi jak chłop małorolny podnosi w czerwcu ostatni worek zeszłorocznych ziemniaków – stanowczo, a zarazem delikatnie. Oparł kobietę o parkan, dwukrotnie uderzy w policzek otwartą prawą  dłonią na tyle mocno, że resztki skapującego z wolna błota do reszty spadły z jej młodej, 43 – letniej, alabastrowej twarzy. Ona z lekka otwarła powieki.

Zobaczyła Teedy’ego, który z obłędem w oczach wzniósł się na wyżyny swoich fonetycznych możliwości i wykrzyknął głośno i wyraźnie, jak jeszcze nigdy nic wcześniej nie powiedział:

– Wygraliśmy! Zostałaś Carycą!

 

Rozdział I

A miało być tak pięknie…

 

Jeszcze na dobre nie opadł kurz po wyborczych bitwach i potyczkach, a już widać, że nasza droga Caryca musi szykować się do kolejnej batalii i to nie z kim innym jak tylko z Dziesięciorgiem Sprawiedliwych, którzy na ostatniej sesji PGRowskiej rady ośmielili się dać wyraz temu, na ile wyceniają obecną prezes. Po szybkich kalkulacjach wyjdzie nam, że będzie to kwota nieco ponad 5 tyś. zł na rękę. Oj, chyba nie na tyle liczyła nasza droga Caryca, jeżdżąc wieczorami po rubieżach naszej mieściny, o suchym pysku, niedospana, zmęczona, zziębnięta, ale pełna zapału (bo przecież nic tak nie uskrzydla jak wizja 12 tyś. złotych miesięcznie, co przecież w mig rozwiązałoby wiele budżetowych problemów rodziny) i pozostawiając w każdym domu swój wyborczy program, opieczętowany, a jakże, na ul. Nowogrodzkiej – w stolicy. Być może nieco lekkomyślne było to posunięcie ze strony uchwałodawców, tym bardziej, że w ostatnim punkcie sesji poszczególni Sprawiedliwi zgłosili całą masę uwag dotyczących pegeerowskich dróg, przystanków i przejść, dając jednocześnie sygnał, iż czas zakończyć świętowanie wyborczego sukcesu i trzeba się brać do roboty. Lekkomyślne, bo już pojawiły się pierwsze jaskółki w postaci komentarzy ze strony zwolenników naszej drogiej Carycy (oczywiście nieoficjalne), że oto utnie się Sprawiedliwym, którzy w jakikolwiek sposób uzależnieni są od PGRu, a niektórzy nawet od nadrzędnego PGRu w Butnie.

A więc wojna! A jak wiadomo, na wojnie muszą być ofiary. Kto będzie pierwszy? Czas pokaże. Choć chyba bardziej zagadkowe jest to, kto stanie ramię w ramię z naszą drogą Carycą, bo jak było widać na ostatniej sesji, wśród widowni zabrakło już jej mentorów, sprzymierzeńców i krzykaczy, którzy w odpowiednim momencie mogliby zaintonować: Hańba! Skandal! Będzie tego! Jak dotąd jedynie dwie dwórki naszej drogiej Carycy twardo stoją przy swojej władczyni i one jedne dały dowód temu, jak gardzą propozycją Sprawiedliwych, choć dziwne wydaje się to, że podczas głosowania nad uposażeniem, jedna z nich wstrzymała się od głosu, a druga była przeciw. Czyżby więzy partyjnych powiązań powoli się rozluźniały?

Niemniej jednak osobiście nie zazdroszczę naszej drogiej Carycy położenia, bo i chyba w samym urzędzie nie czuje się do końca komfortowo i bezpiecznie. Aż strach pomyśleć kto pierwszy okaże się Brutusem i w najmniej spodziewanym momencie wbije nóż w trzewia, tym bardziej, że powyborczy karnawał powoli dogasa, a i imieniny w nieskończoność fetowane być nie mogą. Jednakowoż z drugiej strony, jakże musi być miło pogawędzić przy filiżance kawy i kremowym ciastku z Wójtową z sąsiedniej gminy czy Powiatowym Radnym. Nie lada intrygi muszą być knute podczas tych spotkań przesiąkniętych intelektualną konwersacją, bogato okraszonych teologicznymi i rustykalnymi wątkami. Ileż dałby autor tego felietonu, aby znaleźć się choć na chwilę w tak zacnym gronie i móc naocznie sprawdzić, jak robi się naprawdę „wielką  pegeerowską politykę” (czytaj: wyrzyna politycznych przeciwników). Wszak w ostatnich dniach przez jej gabinety przewinęły się same tęgie głowy lokalnej polityki, a i gości ze świata nie brakowało.

Cóż, dla Carycy kwiaty, dla gości kawa i ciasto, a co dla ludu, którego przynajmniej połowa tak zaciekle wspierała naszą drogą Carycę mentalnie na internetowych forach? Pegeerowska ciuchcia? Muszla koncertowa? A może mieszkanie socjalne? Jak na razie mieszkańcy chyba będą musieli zadowolić się jedynie głowami poszczególnych podwładnych (tych ze starego „układu”), przyniesionymi na tacy, a jak wiadomo, przed Bogiem nikt nie jest bez grzechu i bez winy przed carem, więc na każdego można znaleźć haka lub chociaż niewielki haczyk i spektakularnie zrzucić go w otchłań historii. Tylko czy tędy droga? Co dla ludu przyniesie ta podła, przepraszam, DOBRA zmiana?

„A miało być tak pięknie…” śpiewał ongiś Kuba Sienkiewicz. No właśnie, MIAŁO. Póki co, wyszło jak zwykle…

cdn.

 

Rozdział II

January Rypiński

 

Każdy szanujący się władca (król, magnat, ale też faraon, a nawet przywódca światowego proletariatu towarzysz Józef Stalin, czy sam prezes z Nowogrodzkiej) miał w swojej świcie nadwornego śmieszka, zwanego po swojsku błaznem. Jak podają źródła historyczne, charakterystycznym elementem stroju błazna była trzyrożna czapeczka – trzy rogi symbolizowały ośle uszy i ogon. Atrybutem błazna było berło nazywane, nomen omen, cepem. Błaznami zostawali najczęściej ludzie chorzy umysłowo, gdyż tolerancja co do ich zachowań i wypowiedzi była w społeczeństwie większa. Zatrudnieni na tej posadzie mieli jedno główne zadanie: dostarczać wszystkim dużo dobrej zabawy, ale oprócz tego podpowiadali władcy, bywali jego doradcą, posłem, ustami, szpiegami. Stanowili alter ego władcy, znosząc w jego imieniu drwiny i upokorzenia. Mądrzy władcy starali się tak dobierać swoich błaznów, by ci chronili ich przed nieprzemyślanymi posunięciami. Stawiano im tylko jeden wymóg: przykre prawdy należało ukrywać pod płaszczykiem dowcipnej drwiny. Dlatego w czasach renesansu nazywano ich morosophami, co po grecku znaczy „głupio-mądry”.

Różne zachcianki może mieć nasza Caryca, ale prosty lud nie spodziewał się, że jej marzeniem jest mieć nadwornego błazna. Lud, co prawda, trochę się zdziwił, bo obiecała, że sama będzie zarządzała PGRem, bo „piniądza ni ma”. Poza tym, co jest mile widziane na dworze króla, to błazen na dworze Carycy jest cudem, którego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało. Błazen Carycy miał być jeszcze ważniejszy, gdyż nawet miał ją zastępować. Błazen to także pierwszy z podwładnych, a zgodnie z ukazem Cara Piotra I z dnia 9 grudnia 1708 roku: „Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty, by swoim pojmowaniem istoty sprawy nie peszył przełożonego”.

Na PGR-owskiej ziemi osobnika, który by się nadawał, nie znaleziono. Co prawda Caryca niektórym osobnikom, a nawet osobniczkom ową godność proponowała, ale każdy odmawiał i stwierdzał, że jest tego zaszczytu  niegodny. Roli tej podjął się dopiero imigrant z dalekiej północy, utracjusz i hulaka, który wiedział, że znając Platona, Hegla, Kanta przeskoczy byle bajeranta. Owym jegomościem jest niejaki January Rypiński. Poddanym wydawało się, że odkąd stanął u jej boku, nie odstępuje Carycy nawet na chwilę. Sama Caryca aby się od niego uwolnić musiała wymykać się cichutko do wygódki, gdzie mogła sobie spokojnie pochlipać i poużalać się nad swoim losem. Niestety szukać ukojenia w owej wygódce musiała coraz częściej. A jej los był coraz bardziej okrutny. Chciałaby siedzieć i pachnieć oraz od czasu do czasu wydać salomonowa decyzję, a tu  co chwila przyłazi jakiś plugawy poddany i wnioski składa. A to drogę popraw, a to lusterko załóż, a to przejdź się z nim po PGRze. Dodatkowo zaczęli przychodzić podlegli urzędnicy. Z nimi było jeszcze gorzej. Mówili do Carycy po polsku, ale jakby po chińsku. Nie szło ich zrozumieć,  chcieli, aby podejmowała jakieś decyzje, ale jak tu zarządzać PGR-em, jak łeb pęka po trzydniowych imieninach?

 

 

O tym, że powołanie błazna było dobrą decyzją, pokazało Carycy następne spotkanie z wielką radą PGRu, gdzie zachowywał się jak pajac, lekceważył wszystkich, mówił nie na temat. Od razu poprawił wizerunek Carycy. Przy jego narwanym zachowaniu, jej milczenie i strach w oczach stały się niemal niezauważalne, a wręcz majestatyczne.

Tu prostemu ludowi zamieszkującemu PGR ciśnie się na usta przysłowie Bratkowskiego: „Wielka odmiana – masz z błazna pana”.

 

Rozdział III

Pegeerowski inwentarz, czyli Cosa Nostra, dojna krowa i kura znosząca złote jajka.

 

Dwa pierwsze miesiące rządów Carycy nad PGR-em minęły dość spokojnie. Obawiała się co prawda już od dnia samej koronacji, że spora część tępego i ciemnego ludu PGR-u  niezadowolona z takiego obrotu spraw, na każdym kroku będzie starała się obalić Carycę, lub chociaż zaszkodzić jej jakże światłym, mądrym i chwalebnym rządom.

Cóż, kiedy Katarzynki, Andrzejki, Barbórka, Mikołajki, dzień hutnika, murarza, aptekarza, seniora i juniora etc., etc., etc., wreszcie Boże Narodzenie, Sylwester, Nowy Rok i Święto Trzech Króli – wszystkie te uroczystości i imprezy minęły w spokojnej atmosferze przesiąkniętej znanym skądinąd marazmem mieszkańców PGR-u. Z każdą okazją Caryca łaskawie raczyła poddanych swą mądrością rzucając co i rusz na oświecenie ludowi swemu a to pitagorejską sentencję, znów jakiś cytat z Biblii, innym razem łacińską paremię.

Niestety, natrętna myśl, iż na samym dworze carskim roi się od spiskowców, których nie sposób tak szybko ujawnić i odprawić, zaś faktycznie prócz Januarego Caryca nie ma w obrębie pałacu osoby, której może zaufać bezgranicznie, często powodowała wystąpienie na jej młodym, 43 – letnim alabastrowym ciele gęsiej skórki. Na domiar złego Książę Małżonek od pewnego czasu nie był kontent, stronił od popołudniowych herbatek w buduarze                          i monarszych komnat.  Już nawet widok niskich apanaży uchwalonych przez Wielką Radę, był dla niej bardziej znośny niż świadomość, że gdy tylko January opuści mury pałacu, ona nie może czuć się bezpieczna, a jedynym miejscem, które zdawało się być NAJBEZPIECZNIEJSZYM MIEJSCEM NA ZIEMI, przystanią i ratunkiem, pozostawała wygódka, zyskując tym samym kolejną, jakże ważną funkcję militarno-obronną. Caryca wiedziała, że w razie zagrożenia to właśnie wygódka będzie jej schronem i azylem przed spiskowcami lub rozwścieczonym ludem PGR-u. Raz nawet przyszła jej do głowy myśl, iż ideałem byłoby móc panować będąc cały czas w wygódce. Sęk w tym, że pomimo tysięcy zalet, było to jednak miejsce małe i ciemne, a i w trakcie każdej wizyty zapach towarzyszył mu raczej nie majestatyczny. Cóż począć okrutny losie, skoro tylko January był jej jedynym życzliwym na dworze.

Rypiński odkąd przybył do Stolca PGR-u prędko zauważył, że mimo swych niewielkich rozmiarów zajadłością i siłą głosu wzbudza wśród ludu PGR-u jako-taki posłuch, zaś u dworskich urzędników strach nawet, więc często korzystał z możliwości nękania wespół z Carycą podwładnych, zarówno w pałacu, jak i poza nim.

– Waleczny ten mój January. Zaciekły niczym Owczarek Kujawski. – Z dumą myślała Caryca, widząc jak Rypiński skutecznie obszczekuje, a wręcz zaszczekuje poddanych, których dla samej przyjemności nękania wzywano często do carskich komnat. Wszak nikt w całym PGR-ze nie znał się lepiej na kynologii niż ona. Niestety, ten sam zew, który przygnał Januarego na PGR-owskie ziemie coraz częściej wyganiał go z pałacu  w najodleglejsze rubieże carskich włości. Z drugiej zaś strony on jedyny mógł wyruszać z poselstwem w najdalsze rejony PGR-u. Bywał więc podczas elekcji w Księstwie Jankowitz oraz nieudanego puczu w Hrabstwie Cajev.

Niestety, czarę goryczy przelała pewnej środy wieść, jaka dotarła do PGR-u z 3-dniowym opóźnieniem. Okazało się bowiem, że w dalekim nadmorskim PGR-ze szaleniec podczas publicznych uroczystości zadźgał swojego władcę śmiertelnie. Blady strach padł na Carycę. Tym bardziej, że jak donosili skrybowie z odległych PGR-ów, głównym powodem zamachu na owego cesarza było nic innego, jak tylko mowa nienawiści, która od pewnego czasu szerzyła się również po jej PGR-ze. Przeraziło to Carycę, bo nieraz z okien pałacu widziała jak podwładnym sączy się z ich chamskich gąb jad nienawiści. Niektórzy nawet, o zgrozo, zuchwale pluli tym jadem w stronę pałacu. Strach i wizja upadku pognały ją wprost do wygódki.  Oni mnie obalą! Strąca ze Stolca PGR-u!  jęknęła żałośnie.  Nie czas jednak na łzy, gdy za murami może dojść do rewolucji!- pomyślała w duchu i czym prędzej udała się do komnat. Zawezwała Rypińskiego na potajemną naradę i ustalili wspólnie, że celem ugaszenia ewentualnych zamieszek i zapobieżenia wybuchu rewolucji na samym dworze koniecznym jest dawać nawet drobne, ale odpłatne posady stronnikom Carycy, którzy tak dzielnie wspierali ją podczas elekcji. Pozwoli to w pewnym stopniu poznać nastroje urzędników i podległej służby. Pierwszym, który podjął się takiego wyzwania został trubadur Jan Czereśnin – niezbyt rozgarnięty, lecz postawny i silny mężczyzna, a dodatkowo dobrym słuchem muzycznym się szczycący. Lud PGR-u do tej pory widywał go podczas ulicznych zabaw i festynów jak ten grał na bałałajce. Nikt jednak nie spodziewał się, że mimo swych dość znacznych rozmiarów i ruchów niekoniecznie subtelnych, Czereśnin miał dar nasłuchiwania i nawet w największym zgiełku potrafił wyłapać te informacje, które były mu interesujące i mogły przynieść osobiste korzyści, a i fach szpiegowski nie był mu obcy. Caryca niezwłocznie więc wydała dekret, by Czereśnin tak na początek, dla niepoznaki zajął się inwentarzem PGR-u, dzięki czemu mógł powoli badać pałacowe nastroje

No tak, pałac pałacem, ale co z samym PGR-em?- pomyślała Caryca zdzierając ostatni listek papieru z toaletowej rolki. Długo nie mogła wymyśleć, co zrobić by stłumić ewentualne zamieszki wśród nienawistnego ludu, aż w końcu, pewnego dnia przy śniadaniu, pałaszując z lubością ulubione serdelki, wpadła jej do głowy jakże prosta, a zarazem genialna myśl.

– Tak, Tutti Paróweczka! On mi pomoże! Tylko w nim nadzieja i ratunek dla mnie! – wykrzyknęła przekłuwając widelcem śniadaniowy przysmak tak mocno, że roztopiony tłuszcz z jego wnętrza wytrysnął wprost na czoło Księcia Małżonka. Książę poczerwieniał ze złości, lecz nie z powodu kiełbasianego incydentu. Po prostu nie lubił on Tuttiego już od pierwszego dnia znajomości. Upatrywał w nim rywala o względy swej małżonki. Nadto widział, że wśród płci pięknej Tutti ma niebywały posłuch i potrafi wzbudzić zainteresowanie. Nie znosił jego opowiadań o dalekich podróżach i znajomościach rozlicznych. Denerwowało go to, z jakim błyskiem w oku jego połowica za każdym razem patrzyła na Tuttiego. Po objęciu tronu zaś przepowiedział Carycy, iż mniema, że to właśnie Tutti pogrąży małżonkę i jej światłe rządy.

Trzeba Ci wiedzieć Drogi Czytelniku, że Tutti już podczas elekcji dał się poznać Carycy jako tęga głowa i strateg niebywały. Wiekiem już nie młody, z czupryną siwą i binoklami na nosie, lecz krewki i bystry. Rodem wywodzący się PGR-u, ale w świecie bywały. Mający kontakty w kręgach wszelakich. Wykształcenia nie miał, bo i po co, lecz wiedzę wrodzoną ogromną i zmysł jednania sobie każdego, kogo spotkał na swej drodze. W przeszłości a to bratał się z kmieciami, to znów z Cechem Krawieckim, gospodę prowadził i na medykamentach znał się jak mało kto. W samym PGR-ze nie był lubiany. Starsi pamiętali jego początki w Czarnej Mafii. Zjeżdżał tedy co tydzień do PGR-u i makaron nawijał na uszy jak mało kto. Bogatą przeszłość miał Tutti Paróweczka. Złośliwi powiadali, że nawet „mokrą robotą” się parał. Cóż, kiedy to w nim właśnie Caryca upatrywała dla siebie ratunek. Posłała więc w te pędy po Tuttiego, a on niezwłocznie stawił się w pałacowych komnatach, a ponieważ i on w ostatnich czasach groszem nie śmierdział, wiedział, że każda jego rada i pomoc w sprawowaniu władzy, nie będzie obojętne dla PGR-owskiego skarbca i jego protektorka w swej łaskawości hojnie go wynagrodzi. W mig obmyślił, że jedyna rada, to rozstawić straże przy PGR-owskim pałacu, nad którymi on będzie mieć dozór. Sam zaś osobiście będzie stawiał się przed Carycą jak najczęściej i składał raporty o tym, co dzieje się wokół, a w razie jakiejkolwiek, najmniejszej nawet próby rebelii, krwawo zgładzi ją w zarodku.

Ponieważ wielce się Carycy ten koncept spodobał, czym prędzej posłała glejt do skarbca by móc sowicie  nagrodzić swego wybawiciela.

Od tej pory wpływy Tuttiego na dworze stawały się coraz większe. Wiedział, że Caryca w trosce o swoje bezpieczeństwo skłonna jest dla niego zrobić wszystko, dzięki czemu nieraz będzie mieć okazję wpływać na jej rządy tak, by osiągnąć osobiste korzyści. Dumą napawała go myśl, że po kilkudziesięcioletniej tułaczce powraca na łono PGR-u, a poprzez osobiste powiązania z władzą będzie mógł przy okazji skutecznie zwalczać swych wrogów, grosz ładny mogąc przy tym zarobić.

I tak więc Drogi Czytelniku PGR odtąd dla jednych stał się dojną krową, a dla innych kurą znoszącą złote jajka. Zaś wieczorami i w porze nocnej można było dostrzec na ulicach kręcących się podejrzanych typów na czarno ubranych, niczym we włoskiej dzielnicy Nowego Jorku.

 

Rozdział IV     Cisza przed burzą

Piękne dni nastawały dla Carycy, zaczął się styczeń, a ona oswajała się z blaskami i cieniami władzy. Na jej 43-letniej alabastrowej twarzy przeważnie gościła marsowa mina, denerwowali podwładni, wkurzał jakże podły i niezasłużony hejt w Internecie. Czuła jak te „życzliwe posty” niczym strzały przeszywają jej 43-letni dziewiczy, nieskażony umysł.  To sprawiało, że z coraz większym trudem przychodziło snucie wielkich strategicznych planów przekształcenia PGR-u w najwspanialsze miejsce na ziemi, a jej w najwspanialszego gospodarza. Dziwiła się, bo przecież realizacja tych planów już na wstępie nabrała wielkiego rozmachu. Podejmując się pierwszych strategicznych decyzji czuła się niczym sam faraon Tutenhamon kiedy podejmował decyzje o budowie piramidy. Jej decyzje były jeszcze wspanialsze, a poza tym mieszkańcy PGR-u, w odróżnieniu od Egipcjan, mogli podziwiać ich efekt natychmiast. Taaak  –  wymiana przepalonej żarówki, likwidacja dziury w chodniku oraz powieszenie w PGRz-e kilku lusterek to było coś!!! To nie w kij dmuchał!!! .  Ale co dalej? Jak dalej zyskiwać podziw?  Ach,  gdyby można było chodzić do wygódki tak często jak dawniej  popłakać, pomyśleć spokojnie nad przyszłością. Niestety odkąd zapisano ten fakt na kartach tej powieści, podwładni zaczęli zwracać uwagę na częstotliwość wizyt w wygódce oraz na zapłakane oczęta Carycy. Nie mogła okazywać słabości, musiała udowodnić, że poza wygódką też można zrobić coś wielkiego. Stała więc wpatrzona w okno swojego gabinetu i patrząc na mieszkańców przechadzających się przed pałacem, starała się wymyśleć coś wspaniałego. Niestety żaden plan godny Napoleona nie przychodził do jej główki. Na szczęście miała Caryca dwóch wielkich zaufanych dworu: szlachcica Januarego i Tuttiego Paróweczkę. January wiedział że mądrością nie może przyćmić blasku Carycy, dlatego skupił się na planach organizacji święta PGR-u, przekonując Carycę, że jak poddani sobie wypiją, pośpiewają, pojedzą grochówki i zakąszą kiełbasą na ciepło, a potem zatańczą w rytmach disco polo – to będą kochać Carycę ponad życie, a całemu światu ogłoszą, że w ich PGR-ze wreszcie coś się dzieje. Oczyma wyobraźni już widziała szczęśliwych podchmielonych mieszkańców podchodzących do niej i łamaną lekko zacinającą się  polszczyzną mówiących: „Carycuniu ty moja kochana, ja na ciebie w każdych wyborach krzyżyk postawię”. Wizję trzydniowego balu dla prostego ludu na włościach Carycy miał jeszcze zatwierdzić Tutii Paróweczka. Zwróciła zatem Caryca ku niemu swą 43-letnią alabastrową twarz, ich spojrzenia się spotkały, a kiedy na niego patrzyła, jej wzrok stawał się szklisty, serce zaczynało bić szybciej, usta stawały się pełniejsze, jej ciało przeszywał lekki dreszczyk, pojawiała się gęsia skórka, ba nawet miękły jej kolanka. Ufała Tuttiemu bezgranicznie, podziwiała jego dobroć, szlachetność, uwielbiała gdy do niej mówił. Bezmyślnie wchłaniała w siebie każde jego słowo niczym głodna krowa kiszonkę z kukurydzy.

Święto PGR-u świętem, ale na dworze Carycy wyśmienitych pomysłów nigdy dość.  Oprócz intercity relacji Krzewno-PGR-Burakowo, muszli kloze…(przepraszam) koncertowej, wymyślono, że na boisku pegerzanki staną nowe baraki dla ludu, a zabytkowy park zostanie zamieniony na boisko. Niestety zamiary Carycy i jej dwu przybocznych  przejrzeli jeszcze do niedawna przyjaciele Carycy i jej szczerzy doradcy z Księstwa Różanego, czyli Butna oraz hrabstwa Dąbrowa. Spotykali się z Carycą, radzili, prosili, proponowali różne rozwiązania. Caryca jednak pozostawała nieugięta i wciąż pod wrażeniem pomysłów Tuttiego Paróweczki.

Chociaż nasza Caryca bała się styczniowego spotkania z Wielką Radą PGR-u, to jednak nic złego się nie wydarzyło. Budżet PGR-u zatwierdzono, więc January zwany też przez niektórych poddanych owczarkiem kujawskim, nie miał komu rzucać się do gardła a i nie szczekał też za wiele, choć jak zwykle, szczekał nie na temat.

Po posiedzeniu Rady Caryca poczuła w sobie wielką siłę i moc, niczym Ludwik XIV Burbon słynny z  powiedzenia „państwo to ja”.  Wypowiedziała sama do siebie „PGR to ja, czas dzielić i rządzić! ”. Następnego dnia zwolniła 3 damy dworu, dając im 15 minut na spakowanie i zakazując wstępu do pałacu. Trzeba Ci, Drogi Czytelniku wiedzieć, że owe damy służyły wiernie i kompetentnie swa pracą co najmniej kilkanaście, a jedna nawet 25 lat, a na swych stanowiskach przeżyły panowanie dwu poprzednich władców. Kilka dni wcześniej pałac opuściła na własne życzenie inna dama twierdząc, że nieprawości nie zniesie . Carycy wystarczył fakt, że  im nie ufała, choć nikt w PGR-ze nie wie na czym ów brak zaufania polegał. Plotka głosi, że były mądrzejsze od samej monarchini, złamały tym samym znaną we wszechświecie zasadę „Jeśli chcesz pracować w spokoju, nie wyprzedzaj szefa w rozwoju”. Ale to niecnych wybryków naszej Carycy nie koniec. Jeszcze nie opadł kurz po zwolnieniu dwórek, jak nastał czas nadawania honorów i tytułów. I tak, swoją decyzją nadała Tuttiemu Paróweczce tytuł szlachecki Marszałka Dworu (zwanego potocznie „pełnym nocnikiem”) i upoważniła go do zwiększania gotówki w skarbcu. Tutti w swej łaskawości ów tytuł przyjął, jednak oświadczył, że pensji za to nie chce i zadowoli się ewentualnie zwrotem kosztów podróżnych.

Odbyły się także w PGR-ze wybory uzupełniające do Wielkiej Rady. Caryca popierała i robiła wszystko aby zwyciężył  Jarosław Struś-Pędziwiatr, jednak w ostatnich dniach kampanii dała posłuch nietypowym informacjom kandydata Mścisława Dociekliwego. Publikując uzyskane od niego informacje bardzo Mścisławowi pomogła, w efekcie czego Struś-Pędziwiatr został wystawiony do wiatru, a Dociekliwy jako członek Wielkiej Rady znów będzie w swoim żywiole.  Na tę wieść wszyscy, którzy dostają donosy poszli się upić, bowiem tylko oni  wiedzieli,  ile donosów może wpłynąć od Mścisława.

Rozdział V   Niech żyje bal…

Właśnie minęło 100 dni rządów Carycy w PGRz-e. Tak, tak! 100 dłuuuugich dni. Aż trudno uwierzyć, bo niewiele w tym czasie zmieniło się na lepsze…

W wielkiej polityce od lat przyjęło się, że 100 dni to czas wielkich zmian, poprawy sytuacji itp. Z tej okazji władca wygłasza przemówienie do swojego ludu, o tym czego już dokonał, co zaczął, co zmienił, jak to jest lepiej…. i zazwyczaj słowa wielkiego władcy mają jakieś pokrycie w rzeczywistości i w nadziejach ludu. Zamiast błyskotliwego przemówienia i dowodów działania, Caryca w lokalnym radiowęźle co jakiś snuje mało realne wizje zbawienia PGR-u,  pozostając w świecie baśni i fantazji. O wiele lepiej słuchałoby się tych bajkowych relacji po godzinie 19.00, kiedy to odbiorcy przyzwyczajeni są do usypiania… w tym przypadku usypiania czujności i właściwej oceny rządów Carycy. Oczywiście są w PGRz-e ślepcy,  którzy nadal chcą wierzyć, że zobaczą krainę mlekiem i miodem płynącą…, że ich oczy ujrzą coś, czego jeszcze dotąd nie widziały…, że bajka stanie się prawdą…

Nie dziwi więc zmartwienie Carycy malujące się na jej 43-letniej alabastrowej twarzy. Nie ma się czym pochwalić, bo ani słychać o żadnej inwestycji, ani rzetelnych planów na przyszłość, a i lud do pochwał nieskory.

Caryca długo myślała, czym uczcić taki „sukces bez sukcesów”. Chodziła między salą tronową a wygódką, między wygódką a sala tronową, posiadywała to tu, to tam, ale w jej 43 -letnim, dziewiczym umyśle nie pojawiały się żadne strategiczne pomysły. Desperacja sięgała zenitu! Próbowała zająć się czymś pożytecznym, ale praca nie jest jej mocną stroną, ba nawet Carycy nie godzi się pracować (od czego wreszcie ma poddanych?). Po tych umysłowych męczarniach, wreszcie zapalił się płomyczek nadziei, a 43-letnia alabastrowa twarz Carycy pokryła się pąsem, pojawił się też nieśmiały, ale szczery uśmiech (trzeba zauważyć, że nieszczery jest standardem, bo świetnie ukrywa zakłopotanie i brak kompetencji). O wszystkim zdecydował przypadek. Oto dowieziony do pracy przez nadwornego szofera January wkroczył do pałacu tanecznym krokiem śpiewając niczym sam mistrz Kiepura: „brunetki blondynki ja wszystkie was dziewczynki całooować chcę…!” Caryca podrywając się ze swojego siedziska czy to w sali tronowej czy w wygódce… nie wiadomo…, wykrzyknęła radośnie: „Wiem!!! Zrobię bal!!!”. Decyzja zapadła, wszak balów i okazji do świętowania od czasów koronacji nigdy za wiele, nawet jeśli nie ma do końca czego świętować. Zwołała szybko naradę, niestety była na niej tylko ona i January, gdyż Tutti Paróweczka  regenerował swoje umęczone ciało w borowinie tudzież innym leczniczym błocie.

Jak się szybko okazało balu za darmo się nie zrobi…. i co teraz? Z PGR-owskiego budżetu wziąć nie wypada, własny obciążony, a niewysokie uposażenie poprawy nie zapowiada. Trzeba więc szukać wsparcia u innych, może nawet się z nimi zintegrować, jeśli nie osobiście, to może poprzez skarbiec. Niestety większość lokalnych kupców i rzemieślników, którzy przez umyślnego list o wsparciu balu otrzymali, stwierdziło że ów papir jakiś dziwny i na wszelki wypadek nie czytając od razu przeznaczyli do recyklingu w wygódce.

Skoro finansów mało, caryca postanowiła ograniczyć listę zaproszonych, ale trzeba było zrobić to dyplomatycznie i strategicznie, tak aby sami na bal nie dotarli. Ustalono więc że bal będzie dla utrzymanków książąt Zusa i Krusa. Poddani ci są w zacnym wieku, często samotni, schorowani więc bal im nie w głowie i większość nie przyjdzie. Machina ruszyła, choć trudno rzec, że z kopyta. We wtorek obwieszczono pomysł poddanym, w środę zorganizowano grajków, w czwartek ustalono spis mięsiw i miodów na stoły, w piątek dopraszano co zacniejsze osobistości. Przygotowania były tak ekspresowe, że jeszcze dobrze ludzie nie dowiedzieli się o planach, a już było po balu. Z tego pośpiechu wyszło, co prawda, kilka organizacyjnych niedociągnięć, ale może nikt się nie domyślił.

Tyle pracy miała do ogarnięcia nasza Caryca, że z tego wszystkiego nie zdążyła umówić nadwornego fryzjera i dwórki odpowiedzialnej za tapetowanie lica władczyni. Brak snu przez kilka ostatnich nocy odcisnął swe piętno na jej alabastrowej 43-letniej twarzy. Nie myśl, Szanowny Czytelniku, że brak snu miał jakikolwiek związek z  Księciem Małżonkiem. Caryca bowiem, kładąc swoje 43-letnie alabastrowe ciało na łożu obok Księcia Małżonka, nie skora była do oddawania się przyjemnościom alkowy. Jej 43-letni dziewiczy umysł zaprzątał bal. Już oczami wyobraźni widziała to rubinowe szaleństwo na sto par.

Skoro w Wiedniu może się z sukcesem odbyć niemal 450 balów w ciągu roku, to czemu w PGRz-e I PGROWSKI BAL PIRENIKA* nie miałby stać się popularny na miarę Balu w Operze, który ma już 150-letnią tradycję i jest niewątpliwie najbardziej eleganckim i najbardziej znanym balem na świecie? Caryca śniła o pięknej sali niczym w Wiedeńskiej Operze Państwowej, bajkowej scenerii, zapierającej dech w piersiach swą wyjątkowością. Już widziała siebie – „głowę PGR-u” ukazującą się w środkowej loży wśród dźwięków fanfar, jak ongiś ukazywał się cesarz Franciszek Józef wraz z austriackim rządem. Widziała to zacne otoczenie, innych władców, przedstawicieli świata biznesu, muzyczne sławy… Damy w wieczorowych sukniach, panowie wyłącznie we frakach, wszyscy z niecierpliwością oczekujący momentu, kiedy Caryca wykrzyknie znamienne „Wszyscy do walca!”. Już widziała jak na jej znak, cała sala zaczyna tańczyć walca wiedeńskiego w metru trzy czwarte w prawo i znów na jej znak – w lewo. Niestety, tak jak zwykli śmiertelnicy, Caryca też miewa koszmary senne. Wśród tańczących par już nie widzi swoich wiernych uśmiechniętych poddanych, ale sępy, które szarpią sznurkami od gorsetu jej balowej sukni tak, że chwilami trudno złapać oddech. Ale nic to szarpania, gorsze są dźwięki, które docierają do uszu Carycy. Zdaje się jej, że każdy z poddanych obecnych na balu śmieje się szyderczo i szepcze złowieszczo: „Chciałaś władzy? TO MASZ! TO MASZ! TO MASZ!!!” Dalej w swoim śnie patrzy na orkiestrę i musi tańczyć tak, jak ona zagra, tylko w orkiestrze zamiast muzyków, melodię nadaje księżna z hrabstwa Dąbrowa oraz delegaci obu izb Wielkiego Imperium Lechickiego (znajomi z jedynie słusznej partii). Zaraz potem na scenę ze znaną sobie gracją i charyzmą wkracza Tutti. Caryca była przekonana, że już zakończy swój chocholi taniec a z ust Tuttiego popłyną słowa pieśni „Kochać, jak to łatwo powiedzieć” i teraz już będzie mogła w spokoju oddać się balowym uciechom i chłonąć głos Tuttiego całym swoim 43-letnim alabastrowym ciałem. Niestety, pozorny wybawiciel naraz dorwał ze sceny elektryczną bałałajkę i pierw zaintonował „Money, money, money” ABBY, później „Mamonę” Republiki i wreszcie „Money” Lizy Minelli z musicalu „Kabaret”, Ona zaś tańczyła coraz szybciej i z coraz mniej skoordynowanymi ruchami.

– Może chociaż zaśpiewa „Kasa i seks” Rodowiczki??? – Łudziła się poprawiając pospiesznie co i rusz opadającą na oczy koronę. Nic jednak bardziej mylnego…i dalej tańczy tak jak chce i co chce orkiestra, bo wie, że za każdy fałszywy krok orkiestra srogo ją skarci.

Ale dosyć bajkowych snów i sennych koszmarów, wróćmy do rzeczywistości. Caryca licząc na to, że jej bal zaszczycą zacni goście i wierni poddani odziała niebieskie szaty, a na nóżki wcisnęła „złote pantofelki”. Ale co to ma być, tego się nasza Caryca nie spodziewała! Czyżby niektórzy pomylili daty? Zamiast licznie przybywających gości na salę wkroczyło zaledwie kilkanaście par. Jak śpiewał Pan Jerzy Połomski: „Był raz bal na sto par, pan wodzirej wprost szalał po sali”.

Niestety to pieśń nie o balu organizowanym przez Carycę, na którym bawiło się piętnaście par, a szalał nie wodzirej, ale January. Reszta zaproszonych gości powiększyła grono wielkich nieobecnych. Za to na bal przybył gość specjalny. Był nim Chochoł, ten sam który zjawił się na weselu w Bronowicach, które opisał Mistrz Wyspiański. Chochoł wypowiedział te same słowa: „Miałeś chamie złoty róg, miałeś chamie czapkę z piór, czapkę wicher niesie, róg huka po lesie (…)” Róg hukał po lesie pewną melodię, ale jako autorzy nie możemy tutaj zanucić, bo praw do ZAIKSu nie opłaciliśmy. Caryca pokazała Chochołowi kunszt swojej władzy, wzięła go na korytarzyk obok wygódki, i oznajmiła, że dalej z Chochołem będzie rozmawiał tylko prawnik PGRu. January zaś w tym czasie mógł spokojnie obszczekać jednego z przybyłych gości, który nieopacznie uchybił godności monarchini.

Cóż zatem z pięknych marzeń i snów Carycy o balu? Zamiast walca wiedeńskiego na trzy czwarte pozostał tylko niebezpieczny dense macabre budżetu PGR-u z Tuttim Paróweczką.

 

* Piernik – wg definicji ciasto barwy brunatnej, które wyrabia się z dodatkiem miodu i przypraw korzennych.

 

 

Rozdział VI

 

Principio ad finem,  czyli początek końca

 

Caryca karmi swój lud „złotymi myślami”, my też mamy czym się pochwalić. Niech PGR nie tylko bawi, ale też uczy. Dziś, Drogi Czytelniku, nauczysz się kilku łacińskich sentencji.

 

Zaczynał się kolejny miesiąc rządów, a raczej panowania carycy. Pewnie spodziewasz się, Drogi Czytelniku, że znów będziemy pisać, iż Caryca nadal nic pożytecznego dla PGR-u nie zrobiła. To akurat jest prawdą, ale nie chcemy się powtarzać. Z jednej strony w PGRz-e stagnacja, z drugiej widać owoce „dobrej zmiany”. Zakończył się konkurs na wolne stanowisko w pałacu. Zgodnie z łacińską sentencją Qualis rex, talis grex– (dosł. jaki król, taka trzoda), co w wolnym tłumaczeniu znaczy: „konkursy konkursami, ale wygrać musi nasz człowiek”, funkcję nadzorcy pałacowych urzędników objęła Agata Ogier. Agata była taką „córką leśniczego”, której nazwisko przekazał carycy w kopercie sam Semafor Pilaszczyk. Agata zaskarbiła sobie wdzięczność klanu Pilaszczyków, dzięki swojej pracy, a raczej… kreciej robocie, która przyczyniła się do abdykacji Króla z grodu Łęczna. Odbyło się tam kilka procesów, bo król zorientował się co do roli Ogierowej w jego królestwie i postanowił usunąć ją ze swojego dworu. Koniec końców to króla usunięto, a jego miejsce zajęła Królowa Marika z klanu Pilaszczyków, a ta o wiernej służce od kreciej roboty nigdy nie zapominała. Urzędników pegeerowskiego pałacu bardziej przeraziły wieści, że Agata Ogier bywa okrutna dla podległych poddanych. Wydawało im się, że charakterologicznie pasuje ona do Carycy i Rypińskiego, gdyż jak głosi łacińskie przysłowie Asinus asino pulcherrimus  (co znaczy: Osioł dla osła jest najpiękniejszy). Te trzy osoby razem stworzyły coś na kształt trójkąta bermudzkiego – jak kogoś osaczyły, to przepadł z kretesem.

Zajęta wielkimi planami Caryca nie zauważyła jak z zimowego snu budzi się Wielka Rada PGR-u. Do tej pory niby byli, ale niczego się nie czepiali, głosowania przechodziły, Carycy zbytnio nie krytykowali. Caryca była, co prawda, trochę zdziwiona tą błogą ciszą, nie miała pojęcia, że to cisza przed burzą, tym bardziej, że Tutti Paróweczka przekonał ją, iż zachowanie Rady świadczy o bojaźni przed Carycą. Oni jednak się nie bali, obserwowali i powstrzymywali się przed wybuchem złości. Byli jak guma w majtkach, którą można  naciągać, ale jak naciągnie się za mocno to, pęknie, a wtedy majtki spadną i odsłonią prawdę – w tym przypadku prawdę o rządach Carycy. Posiedzenie Rady było jak dies irae, czyli dzień gniewu. Zaczęło się grzecznie, od poważnych pytań do Carycy. Pytali o to ile pieniędzy ze skarbca wydawane jest na Tuttiego, pytali o kontrolerkę Anielkę, która według słów Carycy miała być tylko chwilkę, a będzie jeszcze ze dwa lata (oj kłamczuszka z tej Carycy). Pytali o (nie)wielki bal piernika. Ważne pytania dotyczyły także powodów usunięcia kilku służek z pałacu. Ciekawiły ich także losy ważnej dla PGR-u inwestycji, to jest budowy wielkiego dachu nad głównym pacem. Trzeba Ci wiedzieć, Drogi Czytelniku, że na ów bardzo drogi dach 3/4 funduszy pozyskała z samego cesarstwa wielkiej unii poprzednia królowa matka Dżulianna.

W tym miejscu musimy Ci, Miły Czytelniku, troszkę temat przybliżyć. Otóż wspomniana kontrolerka Anielka otrzymała od carycy i Tuttiego konkretny rozkaz. Miała tak przeprowadzić kontrolę włości podległych Carycy, aby znaleźć na poprzedników porządne haki, najlepiej takie, za które można zakuć ich w kajdany i wrzucić do lochu. Wszak nie od dziś wiadomo, że nasza Caryca trzyma się twardo łacińskiej zasady Aliena vitia in oculis habemus, a tergo nostra sunt (Seneka) – Cudze błędy [winy] mamy na oku, nasze poza nami. Biedna Anielka ryła więc w papierach, niczym dzik w kartoflisku. Niestety przekrętu nie znalazła, ale znalazła błąd. Zauważyła bowiem, że dekarz w dokumentach wpisał nazwisko innego czeladnika niż w umowie u rejenta. Można to było poprawić i byłoby po sprawie, ale Tutti i Caryca mieli inny plan, postanowili zmienić dekarza. Nowy dekarz na pewno będzie zabiegał o to zlecenie, a jak będzie zabiegał to zawsze jakiś suwenir wpadnie. Nie przewidzieli tylko, że za taki numer cesarstwo unii może nie dać obiecanej kasy. Dodatkowo obecny dekarz się wkurzył i chce kary umownej oraz zwrotu swoich nakładów.

Właśnie o te wszystkie sprawy postanowiła zapytać Wielka Rada. W imieniu 10 wspaniałych pisma złożyła Beti Cajevska. Pytania rozzłościły carycę, ale nie pozostały bez odpowiedzi. Chociaż słowo „odpowiedź” brzmi w tym kontekście szumnie. Ale, jak to mówią, Carta non erubescit – Papier się nie rumieni [ze wstydu], więc można było odpowiedzieć narodowi w stylu: „nie, bo to wiedza tajemna”.

Arcus nimium tensus rumpitur, tzn. łuk zbytnio naciągnięty pęka, więc nie zdziwiło nikogo, że jasny szlag trafił Radę na tę bezczelność Carycy. Podczas oficjalnego spotkania najpierw Hanna Chmiel – doradca głównego agronoma – wyłożyła wszelkie przepisy, zgodnie z którymi wykazała, że Radzie należy się uczciwa odpowiedź na pytania. Na koniec oświadczyła, że brak wyczerpujących odpowiedzi skończy się założeniem sprawy w trybunale. Z finezją i inteligencją obnażyła bezczelność i niewiedzę władzy, łamiąc tym samym zasadę: O Carycy Nil nisi bene, tzn. mów dobrze lub wcale. Główny agronom Jaromir Krzaczysty uznał jednak, że tak mądre słowa nie wedrą się do dziewiczego 43-letniego alabastrowego umysłu Carycy, więc sam postanowił ją tak po ludzku opier…, przepraszam obsztorcować. Iacta alea est! kości zostały rzucone! Dostało się Carycy za bezczelność i brak wiedzy, za dach nad głównym placem, za zwolnienie dobrych służek, za lżenie dobrego imienia królowej matki Dżulianny i danie wiary wymysłom Mścisława Dociekliwego. Tu akurat Mścisław się oburzył i rzekł, że jest demokracja i on będzie sobie donosił ile chce, na kogo chce i kiedy chce.

Słowa agronoma bardzo zabolały Carycę. Jej 43-letnia alabastrowa twarz przez chwilę zmieniła się w purpurową. Czuła jak strach zaciska jej krtań, a jakaś szara komórka mózgowa obija się nerwowo o czaszkę szepcząc „pa pa fajna dieto”. Wszystko to działo się na oczach widzów, wśród których nie zabrakło przedstawicieli obu izb Księstwa Różanego. Na twarzach tych ostatnich, co baczniejsi obserwatorzy, mogli dostrzec dyskretne uśmiechy. Carycę ogarnął wielki strach o utratę korony, przyjaciele ją opuścili. Stało się! Rada obudziła się ze snu, a musi Caryca wiedzieć, że Sacra populi lingua est ‘język ludu jest rzeczą świętą’. Zaczęło do niej docierać że może to być początek końca. I tak nasza Caryca spadła de caelo in caenum ‘z nieba w błoto’.

 

Rozdział VII

 

Z pamiętnika kontrolerki Anielki

 

Będąc młodą kontrolerką zostałam rzucona z miasta stołecznego na daleką prowincję, gdzieś w środek kraju, do małego PGRu zarządzanego przez Carycę z 43-letnią alabastrową twarzą. Na finansach prywatnych i biznesowych znałam się doskonale, ale na publicznych już niekoniecznie. Z tego powodu kontrolowanie wydatków publicznych było dla mnie wielkim  wyzwaniem, niczym włożenie majtek przez głowę. Zgodziłam się tylko ze względu na Tuttiego Paróweczkę, z którym połączyły nas rodzinne macki, a ten fakt miał pozostać w PGRze głęboką tajemnicą. Tutti zapewnił mnie o godziwej zapłacie i obiecał długą współpracę, czyli jak to mówią, do końca świata i jeden dzień dłużej. Podczas spotkań z Carycą czułam się niczym Magda Gessler, która zdradza obłąkanej kucharce najbardziej oczywiste reguły gotowania. Caryca podczas naszych spotkań zawsze patrzyła na mnie  szklistym, łaknącym wiedzy wzrokiem. Bardziej szkliście i pragnąco patrzyła tylko na Tuttiego. Niechcący podsłuchałam, jak Tutti Paróweczka mówi do Carycy z tryumfem i dumą: „zobacz jak wspaniałego fachowca tutaj ściągnąłem”. Zauważyłam, że Carycy na dźwięk jego słów serce zaczynało bić jak szalone a alabastrowe lico oblewał rumieniec.

Będąc młodą kontrolerką moim pierwszym zadaniem było doradzanie Carycy i Tuttiemu, co było orką na ugorze, bowiem mieli oni doświadczenie tylko w traceniu pieniędzy (ale to dłuuuugi temat, na inną opowieść). Miałam dla nich genialne pomysły i doskonałe rozwiązania, niestety zawsze pojawił się jakiś doświadczony dworzanin albo prawnik i tłumaczył, że owszem w biznesie by tak można, ale w PGRze niekoniecznie. Uznałam, że moja współpraca z Carycą i jej kompanem musi rozpocząć się od ich gruntownej edukacji ekonomicznej.

Najsampierw wytłumaczyłam im, że oficjalnie nie mogę być w PGRze powołana na inkwizytora mającego rozprawić się z niewiernymi. Oficjalnym powodem mojego pobytu w PGRze będzie więc kontrola finansowa, a pod tym pretekstem skontroluję nie tylko zarządzanie skarbcem, ale wszystko, co wskażą mi moi mocodawcy. Miałam za zadanie węszyć, niczym chart czy inny wyżeł, we wszelakich papierach i szukać, szukać, szukać…

Przystąpiłam zatem do edukowania moich, nieświadomych ekonomicznych zawiłości, pracodawców.  Patrząc na zagubiony wzrok i nielotny wyraz twarzy Carycy i Tuttiego podjęłam decyzję że wszelkie pojęcia muszę tłumaczyć nie naukowo, ale jak pastuch krowie na rowie.  Edukację trudnych pojęć zaczęłam od „bilansu otwarcia”, czyli tego, co przejęła Caryca po rządach Królowej Matki Dżulianny. Caryca miała być „dziewicza” w kwestiach ekonomicznych, ale już na wstępie okazała się szczwana i przebiegła niczym lisica. Postanowiła bowiem, że sukcesy z bilansu przypisze sobie, a resztę jakoś się utrąci i skaże na zapomnienie. Chociaż wróżką nie byłam, to czarno widziałam przyszłość PGRu pod władaniem Carycy i czułam przez skórę że tylko wyglądać, jak do wrót PGRu zapuka „bilans bierny”, a mówiąc prościej: „bida aż piszczy”.

 

Skoro mowa o bilansach, to chciałam włodarzom PGRu przybliżyć znaczenie słowa „budżet”. Jednak Carycy żaden budżet nie interesował, w końcu była Carycą, więc rządziła jak chciała i wydawała ile chciała. Jedynie jakiś głęboko skrywany lęk nakazywał Carycy zadać samej sobie pytanie „a co będzie, jak Wielka Rada ów budżet znacznie ograniczy?”

Carycy szczególnie trudno było zrozumieć, co to jest ewidencja kosztów jakości oraz jakie są rodzaje kosztów, czyli koszty stałe, szybie i wyrywkowe. Dopiero gdy wyjaśniłam, że koszty stałe to książę małżonek, szybkie to Tutti Paróweczka, a wyrywkowe to January (zresztą Rypiński czuł się wyrwany z pałacu), na jej 43-letniej alabastrowej twarzy ujrzałam minę, świadczącą, że co nieco kapuje.

January Rypiński natomiast ni w ząb nie mógł zrozumieć, czym rożni się netto od brutto. Najsampierw rozmawiałam z nim, jak ze ślepym o kolorach. Załapał dopiero wtedy, gdy kazałam mu wyobrazić sobie kobiece piersi w staniku typu push up (i to jest brutto) i bez stanika (a to jest właśnie netto).

Poruszyłam też problem aktywów finansowych, czyli wszystkiego, co przynosi zarobek. Tu Caryca uśmiechnęła się od ucha do ucha, dowiedziawszy się, że jest takim aktywem dla Tuttiego.

Najtrudniejsza lekcja dla Carycy i Tuttiego dotyczyła zagadnień związanych z kredytami i zobowiązaniami. Trudną orkę na edukacyjnym ugorze moich mocodawców rozpoczęłam od wyjaśnienia pojęcia stopa procentowa, czyli koszt po jakim pożyczamy pieniądze. Tutaj Caryca z Tuttim podświadomie zerknęli na swoje stopy i ocenili ich wielkość. Carycy były normalne, w rozmiarze 38, natomiast Tutti miał 44, ale śmierdziało jak z 46. O zobowiązaniach nawet nie zdążyłam powiedzieć słowa, gdyż oboje zakrzyknęli: Milcz! Ani słowa więcej! Żadne zobowiązania ani obietnice nas nie obchodzą!

Mówiąc o zobowiązaniach nie sposób było nie wyjaśnić czym jest dług Tutaj cała trójka (tj. Caryca, Tutti i Rypiński) ryknęła na mnie ostrym tonem, że doskonale wiedzą, co to jest dług, a w tej wiedzy są niedoścignionymi ekspertami.

Patrząc na duże trudności w szerzeniu wiedzy u moich chlebodawców zrozumiałam, że mój pobyt na prowincji mocno się przeciągnie i to na mojej osobie spocznie tworzenie wielu przepisów i innych regulaminów oraz przeprowadzanie skomplikowanych i przebiegłych projektów. Liczyłam tylko, że nadal do PGRu będzie mnie dowozić służbowa kareta Carycy, gdyż podróże były dla mnie męczące i źle wpływały na moją cerę, która także stawała się coraz bardziej alabastrowa. Służbową karetą nie wolno dowozić dworzan do pracy w pałacu, ale ja nie byłam zwykłą dwórką, a poza tym zasłużyłam na to swą bystrością umysłu.

W PGRze postawiono przede mną drugie zadanie. Miałam tak szukać we wszelkich dokumentach, aby znaleźć dowody pozwalające podwładnych Królowej Matki Dżulianny oraz ją samą za trwonienie grosza publicznego posłać na wiele lat do carskich lochów. Niewygodnych dworzan wcześniej mi wskazano, niektórzy z nich mieli za dobry stołek, inni śmieli w czasie kampanii wesprzeć poprzednią władzę. Wszystko zgodnie z zasadą: „daj człowieka, a paragraf się znajdzie”.

Niczym wściekły buldog wgryzałam się we wszelkie papierki i cyferki, zaglądałam do archiwów, segregatorów, komputerów, zajrzałam nawet tam, gdzie światło nie dochodzi, ale poza hemoroidem u jednej z księgowych, nigdzie nie znalazłam nieprawidłowości. Owszem były jakieś drobnostki, ale nie było żadnej prawdziwej medialnej bomby, której wybuch dałby moim mocodawcom atut w ciągle przegrywanych utarczkach z opozycją i poprawił odbiór społeczny Carycy w PGRze.  Wieloletni dworzanie Królowej Matki Dżulianny byli bowiem nauczeni, że w administracji musi być wszystko zgodnie z przepisami, gdyż za wszelką niegospodarność i bezprawie srogo ukarzą kontrolerzy RIO (RIO czyli Raczej Inteligentnego Organu).

Donosy okazywały się fałszywe, haków nie było, ale dziesięciu wspaniałych drżyjcie! Trochę Was Caryca postraszy, może odechce się Wam zadawać Jej Wysokości niewygodne pytania (a tych ostatnio nie brakowało, rzekłabym nawet, że ich ilość rosła w zastraszającym tempie). Szczególnie niewygodne dla władczyni były pytania o pełnegonocnika i wypłacane mu pieniądze (bo Tutti już nie pracował dla PGRu społecznie). Trudne kwestie dotyczyły też Eryka Starego Mielonego, który winien był do skarbca PGRu oddać sporo grosza. Czuł się jednak pewnie, bo rodzinnie był skoligacony z klanem Tuttich i nawet Paróweczce w trudnych sprawach doradzał. Teraz mając dobry układ z Ttuttim, Mścisławem, jedną z pałacowych dworek oraz synem Mielonym juniorem, Eryk czuł, że wrócił do politycznej gry w PGRze.

Jako spostrzegawczej i biegłej w rożnych układach kontrolerce mojej uwadze nie uchodziły wątpliwe działania i decyzje mojej mocodawczyni. Jej czynom bacznie przyglądał się także sam Semafor Pilaszczyk, który niby to do pomocy, podesłał na dwór Carycy kolejne dwie swoje służki z dworu Łęczna. On już wiedział, że na szczycie władzy w PGRze może dojść do zmian i był na nie wraz z żoną przygotowany. Wszak łatwo rządzić w pałacu, gdzie są sami swoi.

Jednak o tym wszystkim Drogi Czytelniku w nowo powstającej PGRowskiej gazecie, wydawanej przez Tuttiego na pewno nie przeczytasz.

 

Rozdział VIII

Adios amigos, czyli żegnajcie przyjaciele.

 

Na wstępie Drogi Czytelniku pragniemy Cię przeprosić za tak długą przerwę w pisaniu. W naszej głowie pojawił się pomysł dramatycznego rozwoju akcji w naszej powieści. Wszak każda dobra powieść dramatyczne zwroty akcji musi zawierać, my założyliśmy, że w tym odcinku Caryca straci najbliższych przyjaciół, a sprawozdanie Anielki ujawnia straszne fakty. (Ale że marni z nas wizjonerzy i mamy miękkie serce, wyszło jak zwykle).

Ponieważ bardzo przeżywamy nasze pomysły (nawet te wyimaginowane), to strach nie pozwolił nam sięgnąć po gęsie pióro i atrament. Czego się baliśmy? zapytasz Szanowny Czytelniku. Otóż  strach wynikał z faktu, że Caryca otrzymała od Anielki Kontrolerki sprawozdanie z kontroli PGRu. Po tym fakcie wszystkich, a nas najbardziej, ogarnęła panika, że lada moment zamiast słonecznego lub gwieździstego nieba będziemy oglądać co najwyżej odrapany sufit więziennej celi. Przerażeni i pogodzeni z czekającym nas losem, zamiast pisać powieść, zaczęliśmy uczyć się grypsery, żegnać się z rodziną i bliskimi, prosić znajomych o przysyłanie paczek, a co piękniejsze mieszkanki PGRu namawiać na przyszłe ciepłe widzenia. Okazało się jednak, że jest zgodnie z przysłowiem: „krowa która dużo ryczy, mało mleka daje”, tylko w sprawozdaniu wyszło, że nie ma krowy, ale jest byk, a w zasadzie wiele byków, w tym: stylistyczne, gramatyczne, ortograficzne, interpunkcyjne oraz logiczne. Można nawet rzec, że owo sprawozdanie to jeden wieki byk, choć większość twierdzi że nie byk, ale bąk. Caryca z Tuttim głośno ryczeli i straszyli tym bąkiem już od kilku miesięcy. Jak jest puszczony bąk, to i smród być musi. I rzeczywiście, za sprawozdaniem Kontrolerki Anielki ciągnie się smród gorszy niż ten na wysypisku śmieci w Szylingach. Przed smrodem nawet sama Anielka wzięła nogi za pas i tyle ją widzieli w PGRze. Nie zapomniała jednak odebrać sowitego wynagrodzenia za to „wielkie dzieło” pisane pod dyktando prawie szwagra – Tuttiego Paróweczki. Koniec końców nikt nas nie wsadził, a sprawozdanie jakoś nie trzyma się kupy (choć do niej mu najbliżej).

Martwi nas to, iż powoli Caryca swą dłonią wykreśla nam z powieści ciekawe postacie. Jako pierwszy pod nóż poszedł Tutti. Niestety jego nobilitacja odbiła się dość szerokim echem, nie tylko pośród nienawistnego i ciemnego ludu PGR-u, ale również Wielka Rada nie była z tego powodu zadowolona. Wieści o tym, iż faktycznie Tutti jako Pełny Nocnik panoszy się w pałacu i awanturuje wśród miejscowych kupców, zaś Caryca rozpływa się, gdy tylko znajdzie się obok niej i gotowa skoczyć w ogień na jego prośbę, za sprawą Agaty Ogier dotarły do samego Grodu Łęczna i Semafora Pilaszczyka. Semafor znany ze swej łaskawości i hojności dla ludu prostego, nieraz dawał się poznać jako naprawdę „ludzki Pan”, chociażby w czasie karnawału, kiedy to na rynku w mieście Kutnym rozdawał głodnej gawiedzi słodkie podpłomyki. Jego dobre imię i dotychczasowa pozycja, z uwagi na łączące go z Carycą więzi, nie mogły wszak zostać zbrukane przez jakiegoś tam Tuttiego. Tym bardziej, że wielkimi krokami zbliżała się jesienna elekcja na deputowanych do Zgromadzenia Wielkiego Imperium Lechickiego, a Pilaszczyk zamierzał wziąć w niej udział jako przedstawiciel grodu Łęczna i ziem przyległych.

– Przepraszam cie mój kochany Tuttusiu! To naprawdę nie moja wina! – chlipała Caryca podpisując dekret o denobilitacji Paróweczki. Łzy niczym grochy spływały po alabastrowych polikach wprost na papier, a serce władczyni trzepotało z częstotliwością trzepotania skrzydeł kolibra.

– Chciałam dobrze! Myślałam, że zawistny i podły lud PGR-u pokocha cię i będziemy mogli razem nieść to słodkie jarzmo władzy, które pomogłeś mi zdobyć!

W tym momencie, widząc oczyma wyobraźni siebie w sali tronowej, zasiadającej na Stolcu PGR-u, z pustą berżerą obok nie wytrzymała, coś w niej pękło i niczym wystrzelona z procy kula wybiegła wprost do wygódki, gdzie spędziła resztę dnia wykorzystując cały miesięczny przydział papirusu dla siebie i służby. Tutti przeczuwając że i tak wszelkie jego apanaże zarekwirowałaby Inkwizycja na poczet pokuty za wcześniejsze grzechy, postanowił wspaniałomyślnie pozostać przy swej pani jako prawie charytatywny sufler, taki co to nikt nie wie że istnieje, ale co trzeba podpowie.

Tuż za Tuttim Caryca usunęła z funkcji błazna Januarego Rypińskiego i ten jegomość nie krzątał się już po pałacu. Zrobiło się nam smutno, gdy uświadomiliśmy sobie, że od tej pory w pałacu nie będzie już tak śmiesznie, jak dotąd. Na niekompetencję i nietaktowne zachowanie błazna zawsze można było liczyć. Aż łza w oku się zakręciła na myśl, że teraz nie będzie już miał kto podrywać pałacowe dwórki. Okazało się jednak że January jako nadworny błazen, będąc blisko carycy, słyszał i wiedział o swojej pani zbyt wiele i gdyby swą wiedzę ujawnił, mieszkańcy PGRu krzyknęliby „pa pa Caryca” i „pa pa Tutti”. Caryca nie mogła sobie na to pozwolić, dlatego powierzyła Januaremu Rypińskiemu zaszczytną funkcję pegerowskiego szambelana. Jak sama nazwa stanowiska wskazuje, od tej pory Rypiński odpowiadał za wywóz szamba z PGRu, ogacanie i utrzymanie w należytym stanie pegerowskich wygódek i innych budowli oraz za wycinanie z rowów liści łopianu i chrzanu, aby przy korzystaniu z wygódek mieszkańcy nie mogli z nich korzystać, ale stosowali „właściwy papir”. Rypiński na nowym stanowisku, niczym wytrawny kucharz,  wszystko chrzanił, pieprzył i ślinił się na widok co ładniejszej cielęcinki. Już szykowała się szansa na przepyszną konsumpcję, a tu klops. Szambelanowa wpadła na służbowe pokoje i rzucając teksty o pietruszce (wokół dało się słyszeć głośnie „urwał nać!”) przypomniała szambelanowi, że jest na diecie i miąska tykać mu nie wolno.

Trzeba Ci wiedzieć, Drogi Czytelniku, że w ostatnim czasie Caryca czuła się coraz pewniej. Nowe służki z dworu Łęczna pilnowały spraw pałacu tak, aby jak najmniej niekompetentnych działań Carycy wychodziło na jaw. PGR od czasu do czasu odwiedzał semafor Pilaszczyk, a nawet pojawiał się  smerf Ważniak. Wielką tajemnicą jest to, że Pilaszczykowi puszczały już nerwy na kolejne wpadki Carycy. Miał dość tego, że ludzie wiążą z nią jego osobę. Spotkał się w tej sprawie z przedstawicielami Wielkiej Rady PGRu, ale o tym cichosza, bo sekret. Caryca czuła coraz bardziej, że Wielka Rada jest rozgniewana, mieszkańcy zaczynają psioczyć i wymagać, a dawni przyjaciele już w niczym nie pomagają. Szczególnie dało się to odczuć podczas jednego ze spotkań z Wielką Radą, gdzie chcąc odczytać swoje przemyślenia rozpoczęła przemówienie od słów „pozwólcie, że będę siedzieć”, a widownia gromko odkrzyknęła: „pozwalamy !”.

Przeczuwając zbliżające się problemy, na jednej z tajemnych schadzek z Tuttim Paróweczką ze łzami i ufnością w oczach wyszeptała: „Tutti, mój sokole chmurnooki… co mam robić? Ratuj nas!” W niedalekiej przeszłości Paróweczka też miał chwile zwątpienia i nie wiedział co czynić dalej. Drogę dalszych działań pokazał mu jego daleki krewny Eryk Mielony vel Schabowy, który jasno dał do zrozumienia, żeby atakować Wielką Radę. Wtedy bowiem jej członkowie się przelękną i będą siedzieć cicho, niczym kochanek w szafie, kiedy mąż za szybko wrócił do domu. Teraz Tutti Paróweczka postanowił przekuć rady Schabowego w czyny. Sam dodatkowo uznał, że oprócz zmasowanego ataku na radę, dobrze będzie ruszyć wielką machinę propagandy. W końcu już ten, który jest wiecznie żywy,  pisał że bez terroru i propagandy rewolucja się nie dokona.

Mając jasno nakreślone cele, Tutti zaczął je realizować. Paróweczka wiedział, że musi zostać mózgiem wszystkich działań, gdyż Caryca sama tego wszystkiego nie wymyśli, ale ufając mu bezgranicznie, wykona sumiennie wszelkie jego polecenia.  Poza tym wiedział, że tu chodzi o jego interesy, a ona tak naprawdę się nie liczyła, była tylko niezbędna do utrzymania jego wpływów i dochodów. Tutti stał się reżyserem przydzielającym określone role samej Carycy i jej sprzymierzeńcom. Tak oto na jednym ze spotkań Wielkiej Rady odczytał swoje przemówienie Mścisław Dociekliwy, Caryca i Blond Mirella. Co sprawniejsze ucho wyłapało, że autor odczytanych tekstów jest jeden. Wszystkie pokazywały jak zła jest Wielka Rada i jak gnębiona jest przez nią Caryca.

Niestety Tutti dobrał złych aktorów do przedstawienia i trochę się przeliczył. Nikt bowiem przy zdrowych zmysłach nie potraktuje poważnie agresywnie zachowującego się Mścisława Dociekliwego. A i trudno też poważnie potraktować Blond Mirellę, która czytając oświadczenie, nawet nie zauważyła, że jej wypowiedź jest już nieaktualna. Kolejne przedstawienie z miernymi aktorami czytającymi swe role z kartek miało miejsce na kolejnym spotkaniu Wielkiej Rady. Dziwić może jednakże fakt, że Caryca nie znała odpowiedzi na ustalone przecież wcześniej (co było ewidentnie widać i słychać, a nawet czuć) pytania. Czytała również z kartek, co wywołało niesmak wśród gawiedzi na widowni.

Wbrew planom Carycy i jej doradców, nie udało się Wielkiej Rady uciszyć i ta gromko wykrzyknęła: jeśli nie weźmiesz się uczciwie do pracy, to twoje dni są policzone i ani się obejrzysz, jak poddany ci lud zawoła „Apage Caryca”.

Machina propagandy ruszyła.  Caryca, niczym szczwana i przebiegła lisica, zamiast tradycyjnej odezwy do ludu, pobieżała do radyja, a raczej lokalnego „qłchoźnika”. Słodkim głosem rozprawiała o swoich sukcesach, natomiast o szkodach w skarbcu PGR-u wyrządzonych przez swoją politykę nawet się nie zająknęła. O tym, że cały czas gwiazdorzyła w mordobooku, wypisując co chwila złote myśli i zamieszczając fotki kolejnych kaczek, nie trzeba Ci Drogi Czytelniku przypominać.

Tutti Paróweczka założył nawet własną gazetę zwaną Kurierem PGRu, choć „założył” to zbyt wielkie słowo, bo po prawdzie to niczego nie zakładał, a jedynie zaczął sobie wydawać. W każdym numerze stała rubryka, tj. wywiad z gwiazdą, a jak wiadomo, w PGRze gwiazda jest tylko jedna. Tak epatowano wszędzie jej wizerunkiem, że co niektórzy bali się otworzyć lodówkę czy puszkę konserwy i piwa, żeby nie usłyszeć: „a ku ku, to ja twoja władczyni”. Za wydanie Kuriera oczywiście płacono ze skarbca PGRu. Ani caryca, ani Tutti ostatnio nie śmierdzieli groszem, do tego stopnia, że oboje od czasu do czasu pożyczali po kilka talarów i  kusiło aby coś na tym zarobić, ale ktoś ostrzegł Carycę, wysyłając jej na zwijanym papirusie złotą myśl” „Kto kombinuje, ten ma…na plecach mundurka ZK”.

 

Jak widzisz Drogi Czytelniku nasz strach wyrażony we wstępie miał tylko wielkie oczy. Caryca przyjaciół nie pożegnała, a przez to, że przestali się oni rzucać w oczy, coraz cieplej spoglądali na nią starzy znajomi i promotorzy, a obecnie rządcy Księstwa Różanego.

 

 

Rozdział IX

DIABEŁ UBIERA SIĘ U PRADY

Światowe stolice mody tętniąc życiem, zachwycając swoim klimatem, architekturą, niepowtarzalnym urokiem, mieszkającymi w nich ludźmi, inspirują projektantów i twórców mody na całym globie i przyciągają ze wszystkich stron kreatorów mody, najpiękniejsze modelki, dziennikarzy czy gwiazdy. Każda z tych stolic ma swój własny charakter, który wyraża się również poprzez ubrania.

Na pewno, Drogi Czytelniku, wpadły Ci w ucho nazwy takich światowych modowych stolic, jak Mediolan (w którym karierę rozpoczynali Giorgio Armani oraz Gianni Versace), Paryż (z Coco Chanel, Christianem Diorem, Yves Saint Laurentem, Paco Rabanne czy Valentino), Berlin (i słynny Karl Lagerfeld), ale też Londyn, Nowy Jork, Los Angeles, Hongkong, Singapur czy Tokio.

Ostatnio do tego jakże zacnego grona światowych stolic mody dołączył nasz skromny PGR wraz z przyległymi dobrami, a to za sprawą Carycy, której żywe zainteresowanie modą nie uszło uwadze poddanych. A zaczęło się typowo, książę małżonek siedział spokojnie na zydelku w komnacie i obgryzał paznokcie u nogi, gdy jego spokój ducha przerwał głośny krzyk monarchini „ja nie mam co na siebie włożyć”. Biedny chłopina stoicko odrzekł, że nie szata zdobi człowieka, ale spojrzawszy na swą połowicę, nie znajdując innych jej walorów, po chwili refleksji dodał „ale ciebie chyba musi”.

Precz z lumpexem – zakrzyknęła Caryca, przeglądając się w lustrze – i ruszyła na podbój ekskluzywnych markowych butików i sklepów. Odkąd zostałaś Carycą, musisz ubierać się w sklepach Prady – szeptał jej do ucha Książę Małżonek. I tak Caryca trafiła na zakupy do sklepu włoskiego domu mody, czyli do Prady. Trzeba Ci wiedzieć Drogi Czytelniku, że Caryca ostatnio groszem nie śmierdziała, dlatego wizyta u Prady nie odbyła się osobiście, ale w Internecie, a przeglądana kolekcja nie była tegoroczna ale z ubiegłego wieku, a tych konkretnych strojów nie projektował sam Prada, ale znany chiński projektant Oszo Łom z Pekinu. Przebierała, wybierała, przymierzała, przeglądała się w czarodziejskim lustrze, które uśmiechało się do niej mówiąc: Jaka nasza Caryca piękna! Czarodziejskie lustro nie zachowało się wobec carycy zbyt uczciwie i nie mówiło prawdy. Powtarzało bowiem utarte zdanie o piękności władczyni, zamieszczane przez kilku przydupnych niemal pod każdą fotką Carycy umieszczoną na mordobooku. Biedne czarodziejskie lustro nie wiedziało, że owe pismaki zachwycający się urodą Carycy, wcześniej najadły się halucynogennych grzybków z kujawskich lasów, na które Caryca osobiście zorganizowała wyprawę. Caryca już nie mogła się doczekać, kiedy pokaże się swemu ludowi w pełnej krasie i nowych szatach. Wreszcie nadszedł ten wielki dzień. Pokazała się ludowi, a ten, nieoczekiwanie dla Carycy, zaniemówił. Część poddanych zaniemówiła z zachwytu (to Ci, których nazywano w okolicy wazeliną vel cmokierami Carycy), a część (tych było dziesięciokrotnie więcej) zaniemówiła z przerażenia. Czy w tym sezonie modne będą nietoperze? – pytali z trwogą, gdy odzyskali już mowę. Doszło to do uszu Carycy. Jej alabastrowa twarz oblała się rumieńcem, ale niezrażona odrzekła: Poddani! Od dziś w pałacu będą królować nietoperze i to zarówno nietoperze klasyczne (w kolorze chabrowym), jak i nietoperze albinosy. Władczyni zdecydowała, że w nietoperzu klasycznym „obskoczy” święta rangi państwowej, zaś nietoperza albinosa wdzieje w święta religijne (bo wyglądem można nawiązać do anioła, ducha, a nawet śmierci). I tak, przykładowo, na święcie chłopa wystąpiła w wersji „nietoperz klasyczny” W tym roku święto chłopa było połączone z kampanią wyborczą do Wielkiego Księstwa i brał w nim  udział sam Semafor Pilaszczyk, który przeraził się, bo zauważył że wyborcy zamiast go słuchać i podziwiać, zahipnotyzowani nie potrafią oderwać wzroku od swojej nietoperzowatej władczyni.  Znawcy mody wiedzą, że u kobiety kiecka to nie wszystko, modna kobieta musi być odpowiednio wystylizowana od stóp do czubka głowy. Caryca też to wiedziała i skierowała swe oczy na dół, chcąc pokazać ludowi swoje nowe pantofelki. Oczom gawiedzi ukazały się iście eleganckie buciki bardziej przypominające sandały  a la lumpex. Styliści modowi uznaliby, że pasują one do stroju Carycy, jak garbaty do ściany, ale dla niej oczywiste było to, że jednocześnie pasują do obu wersji nietoperza. Poza tym ich zelówka była zrobiona z pomalowanego na biało bieżnika opony od kombajnu, przez co Caryca zyskiwała na wzroście i zwrot „jej wysokość” mógł brzmieć przekonywująco. Co do fryzury Carycy długo szukaliśmy odpowiedniej formy wyrazu i opisu. Niestety, Drogi Czytelniku, na trzeźwo nie damy rady tego opisać. Poddani oglądający fryzurę władczyni śmieją się tylko i szepczą pod nosem że przydałoby się „ostre cięcie”. Najgłośniej, jak się okazuje, śmieje się Tutti Paróweczka. Oj, coś ci z tą fryzurą i Pradą nie wyszło, a i z bucików słoma wystaje – pomyślał raz Tutii, choć głośno tego Carycy nie powiedział.  Nowej mody nie zrozumiały i nie podchwyciły służki z dworu Łęczna oraz PGR-owska skarbona, a to właśnie w ich towarzystwie władczyni była najczęściej widywana. Na jej tle w swoich kreacjach wyglądały tak jakoś…. normalnie.

Drogi Czytelniku, jaki morał wynika z dzisiejszego rozdziału naszej PGR-owskiej powieści? Ano taki, że nie wszystko co ekskluzywne pasuje Carycy. Ale cóż, jak mówi tytuł słynnego, wielokrotnie nagradzanego filmu DIABEŁ* UBIERA SIĘ U PRADY. Czyż nie tak?

 

  • Diabeł – wg greckich filozofów diabolos, znaczy kłamca, fałszywy oskarzyciel

 

 

 

PAN MATEUSZ – Księga XIV

Mądra rada czyli od carycowej frustracji do defekacji

Prolog

Ponieważ Carycy głos ludu nie wzrusza, wpadliśmy na pomysł „Pana Mateusza”.

Księgi Mackiewicza, z uciechą, czytano ze wzruszeniem pod niejedną strzechą.

My też chcieliśmy, niczym wieszcz narodowy, przedstawić problem PGR-owy.

A że daleko nam do wieszcza Alana, musisz nam wybaczyć gawiedzi kochana.

 

Księga XIV

Posiedzenia Wielkiej Rady, jako głosy władzy ludu wielki sens miały.

Co czas jakiś dobrzy wybrańcy PGR razem z Carycą do stołu siadały.

Radzili roztropnie, dlatego na radzie najważniejsze decyzje zapadały.

Lecz wśród tych prawych rajców czasem też czarne owce się trafiały.

Ci nie radzili, lecz węszyli, przeszkadzali  i gadalili same dyrdymały.

Prym wśród onych złych warchołów wiódł sam Mścisław Dociekliwy.

Podpierdzielacz wielki, pierdziel stary, dziadyga szczególnie mściwy.

Człowiek ten z pegeerowskich nizin pochodził, z domu był niebogaty,

Obecnie się wzbogacił, ale na sesyje przychodził odziany we szmaty.

Często wychodził, myślano, że z obrad uwiąd prostaczy go wyganiał.

Lecz po prawdzie to  Eryk Stary Mielony do Mścisława wydzwaniał.

Instrukcyje mu dawał, bo czuł, że sklerozę ma znaczną piernik i tetryk,

wszytko to wynika nie tyle z „nierównego podsufitu”, co z racji metryk.

W PGR-ze powiadali, że jego rentyja z żółtych papirusów się wywodzi,

Wielki Śledczy odgadł dawno, że przez to Mścisław tak donosy płodzi.

Donosy Mścisława różne bywały, raz to mu okna w PGR-ze brakowały,

albo stadion zaniedbany, albo stare piece według dziadka gdzieś znikały.

W wypowiedzi także chamski, nieuprzejmy oraz niemiły piernik głupi.

Pomówieniami i marnymi spiskami liczył, że swych wyborców ogłupi.

W czasie obrad osobnika tego wreszcie usadził sam Jaromir Krzaczysty.

Chłop z jajami, człowiek prawy, wykształcony oraz na sumieniu czysty.

Gdy Mścisław znów coś tam bełkotał, ten wykrzyknął z temperamentem

– Zamknij się kanalio pyskata, bo tyś był dzbanie płatnym konfidentem.

Natenczas na widowni cisza no i ciekawość zapanowała wśród gawiedzi.

Liczyli, że Mścisław wyzwie Krzaczystego, lecz ta dziadyga cicho siedzi.

Na tym zebraniu rada niecodzienne i bardzo ważne decyzje podjąć miała.

Otóż Caryca wyższej wypłaty za swoje lichawe, nieudolne rządy zażądała.

Samej sobie jednak jej nie wypadało złożyć wniosek o podwyżkę znaczną.

O odczyt owego wniosku poproszono Blond Mirellę, rajczynię dziwaczną.

Wielkie mniemanie o sobie i swym wielkim chłopie miała nasza Rajczyni

Oboje więc liczyli zarówno na splendor, jak i wielki zarobek u władczyni.

Sympatycy dworu się zebrali, gdyż trzeba było ten wniosek przygotować.

Tak napisać, tak dobrze umotywować, by samą Wielką Radę wykołować.

Na kredyty Carycy  nie staje, kareta do naprawy i na wszystko jej brakuje.

Tu Mirella wykrzyknęła – „ Wyście takie grosze zatwierdzili podłe wuje”.

Tutaj Caryca głos zabrała – Te słowa radnej, to jest prawda udowodniona,

A do tego kasę na mą podwyżkę już zabezpieczyła PGR-owska Skarbona.

Tutaj Radzie w głowach dziwnie zaświtało – A jak to Skarbonie się udało,

Jeżeli w PGR-ze na pilniejsze i ważniejsze inwestycje jej kasy brakowało?

Toż Mirella tego pisać nie pisała, ona tylko cudzy wniosek nam odczytała.

Tu Caryca nie wytrzymała, wykrzyknęła – Jam o to sama zawnioskowała!

I głośno dodała: za moje dla PGR-u zasługi mnie się to po prostu należało,

Nie myślcie sobie podli poddani i Wy, Wielka Rado, że mi forsy tak mało.

Musicie bowiem wiedzieć, że to przez moje układy i partyjne wielkie czary

Do PGR-u z każdej świata strony płyną miód, góry złota, eura, no i dulary.

To słysząc rajcy ze zdziwieniem zapytali, ile tej forsy PGR-owi już przelali?

Caryca się wściekła i po chwili cicho odrzekła – Nic, nam dopiero obiecali.

Tu prawie Caryca łzami się zalała, jakiego to ma pecha, jak to nie jej wina,

Bo złożyć wniosek chciała, ale północ przyszła, a tu lichy laptop się zacina.

Na wnioskach się nie znam, bez Anielki wszystko się tak okropnie zrypało,

Przecie trzy miliony talarów zdobyłam, a dla was niedowiarki to coś mało?!

Caryca nie wiedziała, że z zawiadomienia, ABeWu rozpoczęło dochodzenia.

I bada ile kasy i z jakiej przyczyny, wpłynęło do kieszeni Anielki niebożyny,

Która zanim przybyła w PGR-u strony, pierw obrabiała na Błoniach zagony,

I choć sama wniosków pisać nie umiała, kiedyś wniosek, podobnież widziała.

Tu Krzaczysty głos ponownie zabrał i tak jej powiada – Prosisz nas o kaskę,

A Tuttiemu, który  tak brzydko nas obraża, z zachwytu zawsze robisz łaskę.

Potem głos miał rajca, ten niezrzeszony, rzekł, że on  Tuttim jest wkurzony.

Głośno wypowiedział, że Krzaczysty winien być publicznie przeproszony.

I dodał jeszcze że on sam się odcina od lichawej gazeciny no i takiego syna,

Następnie głos swój zwrócił ku Carycy. Serce moje leniwa kobieto łamiesz,

Zrób coś najpierw, zwiększ dobrobyt mieściny, wtedy może coś dostaniesz.

Długo jeszcze o tej dla carycy podwyżce apanaży dałoby się tu opowiadać.

By temat zakończyć, Wielka Rada kasiory nie przyznała, kazała jej spadać.

Następnie zajęto się obradowaniem nad gminnej karety wykorzystywaniem.

Caryca chciała, by ta stara, licha bryka, woziła pegerzan wprost do cyrulika.

Z bryki korzystała Mądra Księżna, co za odchamianie PGRzan odpowiadała.

Czy kareta jest potrzebna? – oto Caryca w tym pomyśle zapytać zapomniała.

By tematem nie męczyć, skończyć o nieprzemyślanym wniosku opowiadać,

Wielka Rada znów głupotę obnażyła, wniosku nie przyjęła i kazała spadać.

Jednak Ci Rajcy o wożeniu słabszych poddanych w PGR-ze nie zapominali.

Zakupić nową karetę, a w razie pilnych potrzeb także wynajmować nakazali.

A gdy  wszystkie zaplanowane tematy podczas obrad Rady już poruszono,

Zgodnie ze zwyczajem teraz do głosu przybyłych poddanych dopuszczono.

Tutaj ważne było opowiadanie Prezesa od PGR-owskiego Orient Expressa.

Miłośnicy Expressu wybrali go na swojego Pana i nadali mu imię Rejtana.

Okazało się, że i Tutti pomyślał o interesie na majątku po Orient Expressie.

Czy uda się to spieniężyć? – w tej to sprawie Tutti Paróweczka był w stresie.

Dla tychże interesów ochrony, na mieniu jego ich dozór został ustanowiony.

Zatem szefem dozoru Tutti ustanowił  swego brata don Tuttiego Alkoholico,

Ten szacunku wymagał, ale od złych płynów na wątrobie lekko niedomagał

Rejtan i jego dobrzy kompani, w Orient Expresie byli szczerze zakochani.

Własnego grosza, sił i pracy nie szczędzili, na reaktywację Expresu liczyli.

 A że chłopy mieli łeb na karku, sztuczki braci Tuttich wnet rozszyfrowali,

Zabytkowego majątku Orient Expresu dobrze strzegli i szczerze pilnowali.

Przez taki obrót sytuacji dobry plan Tuttiego mógł się przecież nie udać,

Expresu przyjaciele patrzyli na ręce i widzieli wiele, trzeba ich wysiudać!

Od tej pory zabierano im klucze, legalnego wstępu na teren nie dawano,

Lżono ich, obrażano, posądzano i jednych na drugich podle napuszczano.

Wydała się także tajemnica, że w spółce z Tuttim działa także zła Caryca.

Za złe władzy czyny miłośnicy założyli kamery i nagrywali jak big bradery.

Tutaj obaj Tutti już nie wyrobili: jak my teraz będziem z tego expresu żyli?

Przecież jak będziemy czyścić szyny, to nas ponagrywają te szalone syny!

Rzekli do władczyni – Caryco, tyś jest władza, a ta kamera tu przeszkadza!

Kamera faktycznie przeszkadzała, bo nawet tajne spotkanie zarejestrowała,

Oto  pewnej nocki tajna schadzka w zabytkowej maszynowni się odbywała.

Przy świeczkach się spotkali obaj bracia Tutii, Caryca i Dzika Panterka Mała.

Tam sobie knuli i fantazjowali, potem obaj Tutti  jakieś kominy przepychali.

Gdy to Rejtan publicznie wyjawił, Caryca poczerwieniała, a Tutti się udławił.

Caryca pokazała jak bardzo nie lubi Rejtana, ale przezeń została wyśmiana.

Na tym długie żmudne obrady zakończono, lecz nagrania nie udostępniono.

Tu Caryca rzekła nie bez zdania racji, że  nagranie musi poddać anonimizacji.

Jednak nikt w PGR-ze nie rozumiał dlaczego, zanonimizowała tylko Tuttiego.

Ledwie dni kilka po radzie odpoczęła, a już czekało ją nowe ważne zadanie.

A czynność to była ważna niesłychanie, bo nowego Szambelana powołanie.

Na tymże zydlu zasiadać miała najlepsza postać, która w konkursie wygrała.

Takie konkursy w swych wymogach w PGR-ze to jest zwyczaj bardzo świński,

Z jednej strony mógł wygrać ktoś od Pilaszczyka, z drugiej January Rypiński.

Wiele pułapek tkwiło w tej decyzji – Co mam zrobić? – drżała z tego strapienia

Źle podpaść Pilaszczykowi, a January znał ze sprawiedliwością doświadczenia.

Myśląc o tym długo i wiele, napisała umowę z Januarym w nocy w niedzielę.

Aby od Pilaszczyka nie dostać nagany, konkurs oficjalnie został nierozwiązany.

Mogła być za to dla niej duża biada, bo już się szykowała kolejna Wielka Rada.

A że nerw był ogromny po sesyi Rady, gdzie obnażone zostały nowe układy,

Gadzinówki numer kolejny wydali, i znowu z zemsty Krzaczystego zwymyślali,

Pisząc, że ten ukrywa, obraża i kłamie, jednocześnie chwaląc Carycę na łamie.

Ten Urbana uczeń pilny – ortograf przygłupi,  ale za to w propagandzie zwinny 

opowiedział dla zmyły o hodowli dżownicy, dał tam anonsów kilka i zdjęcie Carycy.

Lecz nawet młody dziatek, bez wahania, czuł, że tam byk byka bykiem pogania.

Krzaczysty był doświadczony mądry agronom, więc widząc tyle rogacizny naraz,

 Gdy otrzymał ową gadzinówkę to jeden egzemplarz do swej obory wrzucił zaraz,

 myśląc, że mućki  więcej mleka dadzą, patrzy, te z radości na ziemię się kładzą.

Dwa tygodnie ze szczęścia krasule ryczały, nawet one tyle byków naraz nie widziały.

W końcu i ja sam to pismo gdzieś darmo nabyłem, zmierzwiłem stronę w dłoniach,

aż się uśmiechniłem, a widząc artykułów retorykę chyba pobudziłem perystaltykę

Do wychodka idąc te strony wydarłem i kończąc defekację, wiecie co nim wytarłem.

Z pisania mego morał prosty wynika, pisząc pisz tak, byś nie skończył na dnie nocnika.

 

Epilog:

Drogi Czytelniku! Wiara nasza jest głęboka, że potraktujesz te wiersze z przymrużeniem oka.

I nie pomyślisz sobie, że to się zdarzyło, bo to tylko autorom całą noc się śniło.

Bowiem niemożliwe i ja w to nie wierzę, by taki cyrk zrobiła Caryca w PGRze.

Wybacz autorom, ale pisząc bajecznie, chcieli tylko byś Czytelniku uśmiał się serdecznie.

 

 

 

kontakt: admin1@pgrkrosniewice.pl

©  2019